Idź sprzedaj wszystko co masz

Pomogła Ci jakaś modlitwa? Któryś ze Świętych jest Ci szczególnie bliski?...

Moderator: Moderatorzy

krople rosy

Idź sprzedaj wszystko co masz

Post autor: krople rosy » 28 maja 2018, 15:59

Tak sobie czytam dzisiejszą ewangelię i wpadła mi do głowy myśl, że kluczowym słowem jej przekazu jest UFNOŚĆ czy jak kto woli ZAUFANIE do Boga. Totalne. Bezgraniczne. Ono to albo prostuje nam ścieżki (często ostro pozakręcane) i ono pomaga szukać i przyjmować ze spokojem wolę Boga. Ono też otwiera nam oczy ducha i pozwala widzieć więcej i głębiej niż inni widzą czy czują.
Wczoraj podczas spaceru z rodziną uświadomiłam sobie że kilka lat temu to moje zaufanie Bogu zostało nadszarpnięte przez śmierć mojego małego synka. Przed tą tragedią moja wiara była niemal beztroska (mimo wielu przeżyć i doświadczeń z domu rodzinnego) , ufna, ofiarna i gorąca. Byłam nawet podziwiana za swój wewnętrzny spokój i wiarę że Bóg wszystko kontroluje. Jest tam gdzie mój wzrok nie sięga.
Podczas spaceru usłyszałam sygnał karetki pogotowia. Za każdym razem gdy ją słyszę a dzieci nie ma obok mnie ogarnia mnie niepokój, lęk i podsuwa często najgorsze wizje mojemu umysłowi. Tak było i wczoraj. Poszliśmy na długi spacer z mężem i synkiem a dziewczyny poprosiły by mogły trochę jeszcze zostać na dworze (na dużym placu zabaw). Najchętniej wróciłabym po nie gdyby nie mąż i Jego prośba bym w końcu zaufała Bogu bo przecież pokazał mi, że mogę być obok a i tak nie jestem w stanie zapobiec wielu sprawom ( synek którego z nami nie ma odszedł cicho w nocy) .
Ze spaceru nie zrezygnowałam ale co chwilę dzwoniłam do domu, czy dziewczyny dotarły. Co to za spacer z niszczącymi głowę myślami chyba nie muszę nikomu tłumaczyć. Uspokoiłam się dopiero wtedy gdy dowiedziałam się że dzieci są bezpiecznie w domu.
I tak. Faktycznie mąż skonfrontował mnie wczoraj z moim brakiem totalnego zaufania do Boga. Dotarło do mnie że straciłam je po śmierci synka i do tej pory lęk trawi moje serce.
O sprawy materialne nigdy specjalnie z mężem nie zabiegaliśmy nawet wtedy gdy było bardzo ciężko. Zawsze stało się coś co dało nam poczucie a nawet świadomość, że Bóg jest i o nas dba nawet jeśli wszyscy sobie poszli do swoich spraw. Potrafiliśmy też przyjąć tyle co jest odzwierciedleniem biblijnej manny. Nie było przesytu ale też nie było braku. Bóg odpowiadał na nasze potrzeby tak by przeżyć każdy kolejny dzień. Reszta była dodana.
Nie ma wiary i jej wzrostu bez zaufania Bogu. We wszystkim. Dziś jeszcze bardziej sobie to uświadomiłam gdy przeczytałam dzisiejszą ewangelię. Za tym poszło pragnienie modlitwy o odbudowanie zaufania do Boga ....pragnienie...albo raczej wewnętrzny przymus, ogromną potrzebę....za czym poszłam, nie bagatelizując tego gdyż z gorliwą modlitwą u mnie ostatnio kiepsko.
Dla refleksji przytoczę ewangeliczną treść:

Gdy Jezus wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, zaczął Go pytać: "Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?" Jezus mu rzekł: "Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę". On Mu odpowiedział: "Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości". Wtedy Jezus spojrzał na niego z miłością i rzekł mu: "Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną". Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. Wówczas Jezus spojrzał dookoła i rzekł do swoich uczniów: "Jak trudno tym, którzy mają dostatki, wejść do królestwa Bożego". Uczniowie przerazili się Jego słowami, lecz Jezus powtórnie im rzekł: "Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach pokładają ufność. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego". A oni tym bardziej się dziwili i mówili między sobą: "Któż więc może być zbawiony?" Jezus popatrzył na nich i rzekł: "U ludzi to niemożliwe, ale nie u Boga; bo u Boga wszystko jest możliwe".

Awatar użytkownika
karo17
Posty: 248
Rejestracja: 02 maja 2018, 17:47
Płeć: Mężczyzna

Re: Idź sprzedaj wszystko co masz

Post autor: karo17 » 28 maja 2018, 20:37

Piękne świadectwo

Ukasz
Posty: 1312
Rejestracja: 09 lis 2017, 22:40
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Mężczyzna

Re: Idź sprzedaj wszystko co masz

Post autor: Ukasz » 29 maja 2018, 9:02

Kiedy kilka miesięcy temu zakładałem wątek "Echo słowa" miałem nadzieję właśnie na dzielenie się takimi świadectwami, własnymi przeżyciami czytań mszalnych. Poszło inaczej - stał się miejscem mojego wymądrzania się. Kontynuuję to, bo sprawia mi to frajdę i wydaje mi się, że jakoś sprzyja mojemu rozwojowi duchowemu. Jednocześnie mam nadzieję, że daje też coś innym. Na pewno wolałbym jednak, żeby to było miejsce dzielenia się. Dlatego zachęcam Cię, Krople Rosy, i wszystkich innych, to pisania takich refleksji tam. I zarazem dziękuję, że się nimi podzieliłaś.

krople rosy

Re: Idź sprzedaj wszystko co masz

Post autor: krople rosy » 29 maja 2018, 14:39

Ukaszu ja ten wątek założyłam pod wpływem chwili czyli miałam pewne przemyślenia, wnioski i odczucia którymi chciałam się podzielić.
Jeśli ktoś ma ochotę może się dołączyć dzieląc się w jakich momentach i doświadczeniach najtrudniej mu zaufać Bogu.
Ukasz pisze:
29 maja 2018, 9:02
Na pewno wolałbym jednak, żeby to było miejsce dzielenia się. Dlatego zachęcam Cię, Krople Rosy, i wszystkich innych, to pisania takich refleksji tam.
Jesli tylko będę miała coś do powiedzenia pod konkretnym fragmentem czytań to się odezwę.

Ukasz
Posty: 1312
Rejestracja: 09 lis 2017, 22:40
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Mężczyzna

Re: Idź sprzedaj wszystko co masz

Post autor: Ukasz » 31 maja 2018, 12:27

Miałem na myśli nie tyle ten konkretny fragment, co czytania liturgiczne z danego dnia.
Mam nadzieję, że inne osoby podzielą się w tym miejscu swoim doświadczeniem ufności Bogu w sytuacjach najtrudniejszych.

Ja mogę napisać tyle, że w pewnym momencie zgoda na to, że resztę życia mogę spędzić sam, bez żony, była takim sprzedaniem wszystkiego, co na tym świecie było mi najbliższe, co naprawdę miałem, lub przynajmniej tak mi się wydawało. Było bardzo bolesne, zdecydowanie łatwiej było mi przyjąć śmierć niż zaakceptować tę perspektywę. I nie czułem w sobie żadnej nadziei, że już tu uzyskam w ten sposób inne dobra.
Teraz widzę, na razie z daleka, mgliście i tylko w jakiejś cząstce, zapowiedź spełnienia obietnicy Chrystusa. Nie mam na myśli tego, że być może uda się nam odbudować wspólne życie, tylko odnowienie miłości we mnie i radość, jaką to daje.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości